Jak ja nie cierpię tego zdania, to Wam mówię! Cholera, zawsze zostaje taka idiotyczna pustka po świętach. Dlaczego? No, dlaczego? Dlaczego nie ma tej pustki po Wielkanocy, na przykład?
Hm… Może Boże Narodzenie jest zbyt rozreklamowane? W końcu święta trwają trzy dni, a pierwsze reklamy ze śniegiem i choinką pojawiają się już we wrześniu.
No i ta przerwa świąteczna. Chyba ważniejsza niż same święta, wreszcie jakiś porządny odpoczynek, po raz pierwszy od wakacji. I co? I każą nam się uczyć wtedy biolcy, fizy i chemii.
Jest jeszcze Sylwester. Też wydaje mi się zbyt nagłośniony. Jedna noc, a niektórzy gotowi są wydać wszystkie oszczędności na jakąś imprę. Wielkie mi halo, nowy rok jest co roku. Czemu tak głośno nie obchodzi się Międzynarodowego Dnia Arabskiej Księżniczki, też jest raz do roku!
Zakończę na razie te filozoficzne przemyślenia. Bo cóż u mnie się dzieje?
Byłam niedawno na chrzcie Filipka. Mamunią chrzestną nie mogłam być, bo jeszcze nie byłam bierzmowana (i chyba nie będę, bo nauki ciągną się w nieskończoność). Ale chyba i tak bym nie była, bo przecież Ania BYŁA bierzmowana a i tak nie była chrzestną.
Odbyło się to tak- najpierw kościół, akurat przed mszą dla dzieci, szybko się to odbyło. Filipek ryczał cały czas, Ania i ja bez przerwy cykałyśmy zdjęcia, prześcigając się w dziwnych miejscach, na które wejdzemy z chęcią zfotograwowania uroczystości. Obie weszłyśmy prawie na ołtarz, a potem zabrakło nam pomysłu. Po chrzcie ksiądz sprytnie kazał nam zostać na mszy, ale Gosia z Filipem uciekła, bo mały non stop ryczał. Po mszy pojechaliśmy całą rodzinką do mieszkania Gosi. Nie licząc Filipka byłam tam najmłodszą osobą. Z braku zajęć Ania i ja uczyłyśmy się przewijać dziecko (Ania czynnie, ja biernie). I właściwie oprócz tego, nic specjalnego się nie wydarzyło.
Święta spędziłam w domu. Jak zwykle przyjechali do nas Ciocia i kuzyn Wiktor. Jak zwykle przed Wigilią to ja czytałam Biblię i jak zwykle po Wigilii rozdawałam prezenty. Tradycje. O północy już zasypiałam na pasterce, ksiądz czytał to samo, co ja kilka godzim wcześniej, tyle, że o wiele, wieeele wolniej. W pierwszy i drugi dzień świąt było raczej spokojnie, chociaż błogą ciszę co jakiś czas przerywały sygnały SMSów w naszych komórkach bądź natrętny dzwonek telefonu domowego. Ale teraz dopiero się zacznie, bo już chodzą kolędnicy. Pierwsi odwiedzili nas dziś popołudniu. Bezczelnie weszli przez bramkę, mimo dzwonka i tabliczki „Uwaga, zły pies”. Kolędnicy mnie wkurzają.
Najlepszego w nowym roku.
Acha, ładny mam szablon? Roboty własnej.